
Potrzebujemy innych ludzi, by żyć. Wzrastamy w związkach z innymi. A jednak poczucie samotności, odrębności i alienacji towarzyszy nam w różnych momentach życia. Egzystencjaliści twierdzili, że większość z nas doświadcza dojmującego uczucia samotności, nawet, a może zwłaszcza wtedy, kiedy przebywamy wśród ludzi. Każdy miewa czasem poczucie, że został pozostawiony sam ze swoimi sprawami i że nikt nie może mu pomóc. Zdarza się tak, kiedy dokonujemy trudnych, indywidualnych życiowych wyborów, kiedy konfrontujemy się z własnym „ja”, z własną śmiertelnością. Lęk egzystencjalny rodzi się ze świadomości, że nie możemy dotrzeć do odmiennego świata drugiego człowieka. Żyjemy na archipelagach – mówi Fortynbas do Hamleta w wierszu Zbigniewa Herberta, podkreślając bolesną i nieprzekraczalną granicę pomiędzy ludźmi. Nawet tymi, którzy wydają się sobie bliscy. Szczególnie boleśnie doświadczają tej samotności egzystencjalnej ludzie ścigani przez „cień przeszłości”, traumę przeżytą w dzieciństwie lub w młodości, skrywaną głęboko „tajemnicę”, strasznych przeżyć, które zmusiły ich do oddzielenia części siebie i nieujawniania jej wobec innych, czasem także wobec siebie. Takie osoby żyją wśród ludzi, ale mają poczucie, że oddziela ich od bliskich szklana szyba, za którą jest cisza i samotność. Samotność, choć przez niektórych oswojona lub wykorzystywana do różnych celów (odosobnienie towarzyszące modlitwie, medytacji, odkrywaniu siebie), rzadko rodzi uczucie szczęścia – na ogół ciężko jest się z nią uporać.
Jeszcze na początku XX wieku psychologowie uważali, że potrzeba afilacji – czyli potrzeba, by inni byli blisko nas, jest wrodzonym instynktem człowieka. W 1916 r. W. Trotter pisał: „Świadoma jednostka doznaje nie poddającego się analizie, pierwotnego poczucia przyjemności w obecności swoich towarzyszy, zaś równie pierwotnego poczucia przykrości, gdy są oni nieobecni. Jest dla niej oczywistą prawdą, że samotność jest czymś niedobrym dla człowieka”.
Niewidoczna sieć bezpieczeństwa
Z badań psychologa społecznego Stanleya Schachtera wynika, że potrzeba bycia z innymi nasila się wtedy, gdy osoba jest zaniepokojona, gdy sytuacja staje się niejasna czy zagrażająca. Schachter wzbudzał emocje silnego lęku u badanych, wspominając im o czekających je wstrząsach elektrycznych. Następnie osoby te miały dokonać wyboru: czy spędzić kilkunastominutowy czas oczekiwania w samotności, czy też w towarzystwie innych. Okazało się, że niemal 70 proc. badanych wolało przebywać z innymi ludźmi. Najciekawsze jest to, że chcieli, aby były to osoby, które także czekały na niemiłe badanie. Chodziło więc nie o bycie po prosu z innymi ludźmi, ale z takimi, których sytuacja jest podobna.
W chwilach niepokoju i lęku dzieci zwracają się do rodziców, a ci pocieszają je i łagodzą nieprzyjemne emocje. Od najwcześniejszych lat uczymy się kojarzyć obecność innych ze zmniejszeniem obaw i stresu. Stąd między innymi tendencja do łączenia się w grupy tych ludzi, którzy poszukują wsparcia emocjonalnego, na przykład osób chorych na raka, żon i mężów alkoholików czy rodziców dzieci niepełnosprawnych.
Badania w dziedzinie psychologii zdrowia wykazały, że głębokie kontakty z ludźmi wiążą się z lepszym zdrowiem, mniejsza podatnością na infekcje, z dłuższym i szczęśliwszym życiem, zaś samotność związana jest z obniżoną odpornością organizmu (…) Można powiedzieć, że kontakty z ludźmi stają się tarczą chroniącą przed niepokojem, frustracją i negatywnymi odczuciami. Tworzą one niewidoczną sieć bezpieczeństwa, o której nie myślimy, ale świadomość, że jest, daje nam lepsze samopoczucie. Staje się ona szczególnie ważna, gdy jesteśmy słabi – przeżywamy stres, kryzys, trudną sytuację. Wtedy najczęściej zdarza się nam powiedzieć „Dobrze, że jesteś”. (…)
Skazani na samych siebie
(…) Unikamy jak ognia społecznej izolacji. Jedną z najdotkliwszych kar dla człowieka jest całkowite uniemożliwienie mu kontaktu z ludźmi, izolacja od rodziny, znajomych, przyjaciół. Amerykańscy jeńcy z czasów wojny z Koreą przeżywali moment załamania właśnie wtedy, gdy przekonywano ich, że rodziny odwróciły się od nich, a przyjaciele dawno już kooperują się z wrogiem. Ta technika okazywała się niezwykle skuteczna w niszczeniu psychicznej odporności, morale i oporu. Poczucie izolacji społecznej może pojawiać się w wyniku przeprowadzki na nowe miejsce, emigracji, rozpoczęcia nauki w nowej szkole, utraty pracy lub jej zmiany. Charles Cooley pisał, że inni stanowią dla nas zwierciadło, w którym przeglądamy się, potwierdzając swoje istnienie. Nasza rola społeczna, a nawet wartość trwają, ponieważ są codziennie potwierdzane w kontaktach z ludźmi. W nowym otoczeniu, w którym my nie znamy nikogo i nikt nie jest nam znany, musimy się obejść bez owego zwierciadła.
Przeglądając się w innych
Nie poszukujemy jednak towarzystwa innych bezgranicznie. Paradoksalnie, ludzie pochodzący z przepełnionych domów rzadziej szukają pomocy u innych i rzadziej sami jej udzielają. Chcemy posiadać prywatną przestrzeń: psychologiczną i fizyczną. Wszystkie kultury wykształciły normy określające, do jakiej przestrzeni wokół siebie możemy rościć sobie prawo. Zbytni tłok powoduje frustrację i prowadzi do poszukiwania sytuacji, w której moglibyśmy być sami. (…)
Samotność dla dwojga
„Jesteśmy sobie obcy” – słyszę od ludzi, którzy przez otoczenie są odbierani jako przykładnie żyjące pary. Związek z drugim człowiekiem zapewnia nie tylko odegnanie fizycznej samotności, ale także zmniejszenie owego poczucia odrębności ludzi. „Bycie z kimś” to tworzenie świata, który jest „światem dla dwojga”. Budowany jest on z dwóch składników – z seksualnej intymności i z typu komunikacji, który John Steward opisał jako „maksymalizujący to, co osobiste”. Tylko taki rodzaj komunikacji zakłada pełną otwartość emocjonalną, zdolność drugiej osoby do „odsłaniania siebie”, troskę i zrozumienie wobec komunikowanych przez nią myśli i uczuć, nawet wówczas, gdy się z nimi nie zgadzamy. Do niezbędnych składników „świata dla dwojga” dodałabym jeszcze dużą otwartość na zmiany zachodzące w związku i w partnerze, bowiem, jak pisze Steward, „żadne z nas nie może całkowicie zmienić tożsamości, ale zmieniamy ją we wzajemnej relacji.
Jeśli brak któregoś z wymienionych elementów, bliskość wyparta zostaje przez rutynę: partnerzy zaczynają traktować się instrumentalnie, powraca powierzchowność relacji i poczucie samotności. Jest ono odbiciem braku poczucia bycia zrozumianym, braku głębokiej więzi z partnerem, odseparowania od własnych emocji. Bliskość z drugim człowiekiem nie jest nam dana raz na zawsze. Wymaga otwartości (a to niesie z sobą ryzyko zranienia), czasem trudnych rozmów (a my przecież nie mamy czasu), skupienia uwagi na potrzebach i przeżyciach partnera (a my przecież tego czegoś od niego chcemy i pochłaniają nas nasze zainteresowania, kariera). Osoba, z którą żyjemy, zmienia się nieuchronnie, i jeśli nie zauważymy tych zmian, możemy pewnego dnia poczuć, że jest nam obca.(…)
Kiedy słychać wewnętrzny głos
Młody człowiek musi ustalić swoją granicę, określić swoją tożsamość. Ciekawe, że w tzw. rytuałach przejścia (rytuały związane z uznaniem chłopca za mężczyznę, ucznia za wtajemniczonego, nowicjusza za zakonnika itd.) występuje właśnie element przymusowej, trwającej od kilku godzin do kilku tygodni izolacji. Samotność w tym przypadku ma służyć osiągnięciu większej świadomości, ma sprzyjać osiągnięciu wyższego etapu rozwoju. Żeby nawiązać relacje z ludźmi bez obaw, trzeba wcześniej rozpoznać siebie, żeby zbudować związek, trzeba znać swoje oczekiwania, potrzeby i to, co mamy i chcemy dać innym.
Samotność może być koniecznością, ale i okazją do konfrontacji z sobą, do zdefiniowania siebie, swoich pragnień, do lepszego poznania siebie. Można „przegadywać” swoje problemy, decyzje i dylematy ze znajomymi i nieznajomymi, czasem jednak warto oddalić się i posłuchać swojego „wewnętrznego głosu”, który usłyszeć można tylko w samotności. Jest czas, który musimy spędzić sami ze sobą.
Samotność jest jak silnie działająca substancja – może być lecznicza, a czasem trująca. Życie wśród ludzi to niekończące się próby utrzymania balansu pomiędzy intymnością wolnością.
Źródło:
Joanna Heidtman, Charaktery, nr 12 (83), grudzień 2003