| Mój umysł, zmysły i ciało nie zgadzają się na samo ![]() „Może jestem jakaś nienormalna”- rozmyślałam, myjąc talerze po obiedzie. Dzieci ulotniły się z domu jak zwykle, szesnastoletnia Agnieszka do koleżanki, aby rzekomo uczyć się do jutrzejszej klasówki, a Adam, starszy o rok od siostry wybrał się z kolegami do kina. Powinnam się właściwie cieszyć, że zostawiły mnie samą. Mogłam sobie poczytać, wypić spokojnie kawę lub po prostu uciąć sobie drzemkę, w każdym razie odpocząć, a to było to o czym marzyłam bezustannie w ciągu ostatnich dziesięciu lat, gdy odczuwałam totalne zmęczenie borykając się samotnie z wychowaniem małych dzieci.
Od dziesięciu lat byłam wdową, przeżyłam tragedię, po której długo nie mogłam się otrząsnąć. Teraz jednak, mając czterdzieści lat poczułam, że mój umysł, zmysły i ciało nie zgadzają się na samotność. Patrzyłam w lustro i widziałam twarz jeszcze młodej, zupełniej niebrzydkiej kobiety, ale przygaszonej i smutnej. I ta kobieta zapragnęła nagle odmiany, zapragnęła ciepłych, męskich ramion i towarzystwa innego, niż towarzystwo własnej matki, siostry, koleżanek czy dzieci. Zatęskniłam za nowym uczuciem, za potwierdzeniem, że moje życie jeszcze nie dobiega kresu. Ta tęsknota sprawiła, że wybrałam z gazety na chybił trafił numer jakiegoś biura matrymonialnego, które definiowało się jako zapoznawcze i zadzwoniłam. Teraz zmywając naczynia rozmyślałam o tym, dochodząc do przekonania, że popełniłam głupstwo. Ja mogłam być taka nierozsądna? Co powiedzą dzieci? A moja matka, kobieta pobożna i zasadnicza, która po śmierci ojca nigdy już nie spojrzała na żadnego mężczyznę, na pewno uzna mnie za rozpustnicę, a w najlepszym wypadku za wariatkę.... Już widzę te porozumiewawcze spojrzenia koleżanek z pracy! Zwierzyłam się siostrze, ale mnie nie wyśmiała, a nawet pochwaliła za to, że wreszcie robię coś dla siebie. Pokrzepiona jej aprobatą szłam na spotkanie ze Zbyszkiem z większą odwaga, ale pełna obaw i rozterek. Czułam się tak nieswojo jak przed pierwszą randką - kiedy to właściwie było? Chyba ćwierć wieku temu, więc jak tu się nie bać? Przez drzwi kawiarni dojrzałam mężczyznę siedzącego przy stoliku z książką w ręku - to był nasz znak rozpoznawczy mojego pomysłu, który ściągnęłam z jakiegoś filmu. Zobaczyłam go i trochę się uspokoiłam - w sumie normalny facet, ani brzydki, ani ładny. Po prostu męski. Pomyślałam „raz kozie śmierć” i podeszłam do stolika. Na mój widok wstał i zapytał cicho: - Irena? Skinęłam głową i czym prędzej usiadłam, aby nie budzić sensacji. - Jaka to książka? - zapytałam, aby jakoś nawiązać rozmowę. Poparzył na mnie, a jego uważne, trochę nieśmiałe spojrzenie sprawiło mi przyjemność - O dziewczętach dla dziewcząt - wyznał trochę zażenowany Roześmiałam się, a on uśmiechnął się znów nieśmiało i powiedział: - Ładnie się śmiejesz. Zrobiło mi się jakoś ciepło na sercu i pomyślałam, że jest miłym człowiekiem. Zaczęliśmy rozmawiać. Też był wdowcem, miał dwie córki. Jedna wyszła już za mąż, druga miała piętnaście lat. Najpierw rozmowa krążyła wokół dzieci, potem on poprosił abym opowiedziała o sobie. Nie wiem, jak do tego doszło, ale spędziliśmy ze sobą trzy godziny i wcale się nie nudziliśmy. Umówiliśmy się za dwa dni, a ja obiecałam mu przynieść bardziej współczesną książkę o dojrzewaniu dziewcząt. Teraz spotykamy się prawie codziennie i zaczynamy myśleć o wspólnej przyszłości. Dzieci jakoś to zaakceptowały, siostra nie ukrywa radości, koleżanki są zdumione. A matka? Owszem, uznała mnie za wariatkę, ale bynajmniej nie dlatego, że spotykam się z mężczyzną. Nie podobał jej tylko sposób, w jaki go poznałam. Powinnam bowiem przyjść do niej po radę, bo miała przecież dla mnie świetną partię - swojego sąsiada - i od dawna planowała mnie z nim poznać. |





