infolinia czynna codziennie

+48 730 730 723
  zamknij    ×

ZADZWOŃ
730 730 723

Nie chcemy być dla Ciebie anonimowi!
Cechuje nas empatia i indywidualne podejście do każdego.
Rozmowa z Tobą będzie miała charakter poufny

WYŚLIJ SMS
730 730 723

np. Agnieszka, 35, wyższe, Poznań, po 18.
Oddzwonimy. Udzielimy pełnych informacji, odpowiemy na każde pytanie.
Cechuje nas empatia indywidualne podejście do każdego.
Rozmowa z Tobą będzie miała charakter poufny.

powrót do listy poprzednia następna
Czar pikselowego serca

Czar pikselowego serca27/02/2026

Czar pikselowego serca

Rozmowa z terapeutą Piotrem Mosakiem o tym, czy miłość ma przyszłość i jak zwiększyć jej szanse.

Joanna Cieśla: co Pan robi 14 lutego?

Piotr Mosak: nic szczególnego. Nie traktujemy z żoną zbyt poważnie Walentynek. Nie widzimy sensu w uleganiu presji na wydawanie pieniędzy i nakręcanie przemysłu gadżetowo-serduszkowego. Może zjemy wspólnie jakąś słodkość albo pójdziemy na dłuższy spacer, a po nim będzie herbata i film. Wszystko to, co lubimy na co dzień.

A jednak ludzie są chętni, żeby oszaleć.

W ubiegłym roku według Barometru Providenta Polacy wydawali na Walentynki średnio 290 zł. Wśród najmłodszych dorosłych od 18 do 24 roku życia, 60% deklaruje, że w jakiś sposób celebruje ten dzień. Co ciekawe, świętują znacznie więcej niż osoby w stałych związkach, bo partnera albo partnerkę ma tylko co druga osoba w tym wieku. Ci, którzy nie są w relacjach miłosnych, czasem spotykają się w ten dzień z przyjaciółmi, rodziną, rodzeństwem albo ich obdarowują. Przypominają sobie nawzajem o ciepłych uczuciach, cieszą się, że dobrze im razem. Od pewnego czasu Walentynki obchodzi się też przecież w szkołach. Dzieciaki dają sobie kartki albo jakieś drobiazgi. Walentynki nie budzą mojego sprzeciwu jako okazja, żeby celebrować różne rodzaje miłości, czułości, życzliwości i dobrych relacji. Znam szefów, którzy wręczają Walentynki pracownikom, bo uważają, że mają super zespół.

Rosnąca popularność tego święta może świadczyć też o jakimś braku, niedosytku, bo z miłością romantyczną podobno coraz gorzej i na świecie, i w Polsce.

Czasem pewnie odbija się w tym też tęsknota za miłością, uczuciem, czasem silne zaangażowanie. Ludzie rozpoczynają związki i chcą sobie nawzajem pokazać, że to dla nich bardzo istotne. Inne osoby, które mają problemy w relacji, łapią w Walentynkach okazję, żeby wyprostować sytuację, przeprosić. Przypuszczam, że zwłaszcza te dwie ostatnie grupy wyrabiają finansowy wynik Walentynek, o którym pani mówiła. Trafia się święto, są gadżety, można je dopasować do aktualnych potrzeb. Bywa i tak, że singielki i single świętują razem, rezerwują stolik i idą celebrować miłość do siebie.

Ustanowiono na tę okazję ostatnie święto, 13 lutego, Dzień Miłości do samego siebie.

W tym roku bardzo promuje je między innymi sieć drogerii. Prawdopodobnie to też mocne z marketingowe, ale pamiętam nawet już zeszłego roku instagramowe relacje z samotnych kolacji w fajnych miejscach, na przykład z widokiem na Warszawę. Jakiś talerzyk przekąska, kieliszek wina i podpisek. A dlaczego miałabym nie świętować? Kocham siebie. Niektórzy odczytywali w tym też sygnał dla świata o gotowości na nowy związek.

Jak pan to postrzega?

Dobrze. Po co siedzieć w domu w starym dresie i oglądać Bridget Jones.

Marzenia o miłości, zakochanie przez setki lat dawały napęd kulturze i cywilizacji. A teraz popkultura i cywilizacja odbierają nam szansę na spełnienie tych marzeń, przez to, że zalewa nas wyidealizowanymi opowieściami o relacjach.

Ja inaczej widzę tę zależność. Po raz pierwszy w historii zwykli ludzie mogą rozwijać coś innego niż kultura. Do tej pory ktoś, kto nie miał żadnych zasobów, mógł na przykład pisać wiersze. W tym sensie rozwijanie kultury, choćby w skali mikro, było w zasięgu twórczych jednostek. Dziś możliwości jest więcej. Każdy może szybko rozwijać biznes, start-upy, zarabiać w socialach. Nieliczni marzą o karierze artysty albo otwieraniu teatrów czy wydawaniu książek. Młodzi ludzie nadal interesują się kulturą i sztuką. Wykorzystują też technologię, żeby ją tworzyć. Ale z przełomem wieków zmieniły się akcenty.

Jak to wpływa na miłość?

Ludzie uciekli od słowa, nie mówią, nie piszą. Wysyłają emotikony, robią ilustracje, nagrywają filmy. Nie wszyscy oczywiście, część osób jeszcze pisze i to jest cudowne, ale często, że jesteśmy w świecie tego, co się sprzedaje, doświadczamy mniej intymności. Jak już mam potrzebę, żeby coś napisać, ma się to podobać nie tylko mojej dziewczynie. Więc tworzę w popularnym gatunku, na przykład stand-up, a to taki gatunek z założenia usiany wulgaryzmami. Czasem to jest bardzo śmieszne, natomiast raczej rzadko udaje się wyznanie miłości przeplatane bluzgami.

A co z aplikacjami randkowymi? Socjolog profesor Tomasz Szlendak, badacz zmian obyczajowych, mówił niedawno, między innymi na łamach Polityki, że to aplikacje ostatecznie niszczą miłość.

Z perspektywy gabinetu nie wygląda mi na to. Przecież za sprawą technologii jesteśmy zamknięci w domach, nie ma konieczności wychodzić ani do pracy, ani na zakupy. W kolejny czekają wirtualny trener personalny i oczywiście pornografia, więc i seks można sobie załatwić, nie opuszczając własnego mieszkania. W tym sensie te aplikacje to jedyna szansa na dostęp do innych ludzi.

Albo do ich wymyślonej wersji.

Pewnie, że każdy może zmyślić coś na swój temat, ale gdy ludzie poznają się na przyjęciu, takie ryzyko też istnieje. Poza tym profesjonalne platformy do łączenia ludzi w pary weryfikują użytkowników dowodem osobistym, co zwiększa bezpieczeństwo i wiarygodność. Te wersje są płatne, ale nie są to wielkie koszty. Z moich obserwacji wynika, że za pośrednictwem tych serwisów powstają sporo związków, a nawet małżeństw.

Może wbrew intencjom twórców platform?. Na logikę - więcej stałych związków, tym mniejsza szansa dla serwisów. Może chodzi tylko o strzały dopaminowe przy przeszukiwaniu kolejnych kont i sprawdzaniu kolejnych opcji?

Nie wiem, jakie są intencje twórców platform. Na pewno natomiast dużo zależy od intencji użytkowników. Jeśli ktoś szuka dopaminy i seksu, to do tego właśnie będzie szukał, aż w końcu dostanie. Ale na miłość, poważną relację też można trafić, natomiast lepiej ich szukać tam, gdzie istnieje pewien próg wejścia.

Nie uważa pan, że miłość się kończy?

Nie, ewoluuje, jak wszystko. Inaczej się ją przeżywa przez to, że nie ma tych dwóch romantycznych wierszy. Itd. Nasz system emocjonalny nie nadąża za natłokiem bodźców i przez to też trudniej tą miłość rozpoznać. W życiu zalanym serduszkami, gifami i wszechobecną wyjątkowością zdarza im się w gabinecie pytać, co to jest miłość i po czym ją poznać. I co pan mówi? Że po tęsknoocie, że to jest osoba, z którą pierwszą chcesz się czymś dzielić. Choćby tego mema wysłać jako pierwszej. Spłyciło się to wszystko, nie da się ukryć. Ale próbuję namawiać młodych ludzi, żeby przyglądali się swoim wrażeniom i odczuciom. I zwracali uwagę na te, które są choć ciut silniejsze albo odmienne od reszty. Bo mogą być sygnałem, że jestem zakochana, zakochany.

A może problemem przy tworzeniu związków nie jest technologia, tylko ludzka niecierpliwość? Jeśli coś od razu nie klika, to znaczy, że już nie warto ciągnąć, głębiej wchodzić.

Myślę, że to już minęło. Bardziej uderzało krótko po 1989 roku, gdy zaczęły dorastać osoby, które nigdy nie stały w kolejkach. Od początku miały natychmiastowy dostęp do wielu rzeczy. Przez to nie wykształciły cierpliwości. Ale mam wrażenie, że nastąpiła zmiana. Być może pandemia sprawiła, że ludzie teraz tak szybko nie rezygnują. Widzą, że mogą coś stracić. Kiedyś od razu szli do łóżka. Teraz klientka opowiada mi, o czym pisze ze swoją wirtualną sympatią. Pytam, czy już się z tym mężczyzną widziała. Odpowiada, że nie, że właśnie się umawiają. A ile do siebie piszecie? - pytam dalej - trzy miesiące. Ta pani logicznie tłumaczyła, że on ma pracę, ona ma pracę. Może umówią się w jakimś fajnym mieście, żeby przy okazji coś zrobić ciekawego, a nie tylko siedzieć przy obiedzie w restauracji. Jeszcze raz zastrzegam, że inaczej to wygląda, jeśli ktoś po prostu szuka seksu. Ale jeśli ktoś jest zainteresowany związkiem, to zwłaszcza w pokoleniu najmłodszych dorosłych, tak zwanych zetek, teraz spokojniej do tego podchodzi.

A starsze związki z dłuższym stażem, co im pomaga, a co szkodzi. Na liście potencjalnie istotnych czynników mam na przykład pornografię.

Jeżeli obydwu osobom w związku odpowiada korzystanie z pornografii, to nie widzę w niej żadnego zagrożenia. Natomiast jeśli jedna z osób ogranicza swoje życie erotyczne tylko do pornografii i masturbacji i ta druga osoba z tego powodu cierpi, no to wiadomo, że to szkodzi relacji. I teraz pytanie, czy tę osobę zanurzoną w porno to pogorszenie martwi i czy jest chęć, żeby wrócić do bliskości, żeby realizować libido we dwoje. Dziś głównym problemem związanym z pornografią nie jest już tworzenie nierealistycznych wyobrażeń na temat seksu, jak to było w przeszłości. Granica przesunęła się przez to, że treści porno są coraz sprawą AI stały się tak doskonałe, część ludzi realistycznego seksu już w ogóle nie chce, bo trzeba się umyć, bo nie ma czasu, bo to niewygodne, nieestetyczne. A gdy jednak pojawia się pomysł czy potrzeba, żeby wrócić do realu, bo żona, bo mąż, to organizm nie reaguje, bo już jest za mało albo są drażniące. On drapie nieobciętym paznokciem, ona nasmarowała się kremem, którego zapachu on nie lubi.

Jak z tego wybrnąć?

Zazwyczaj w pierwszym kroku terapeuta namawia taką osobę do masturbacji do wyobraźni. Wyłącza się sztuczne, wciągające bodźce. Początki są trudne, wyobraźnia nie zapewnia tego samego, co filmy. Ale z czasem okazuje się, że bodźce fizyczne od partnera, partnerki, dotyk, odpowiedni zapach, są w stanie uzupełnić tę stymulację. To daje szansę wrócić do realnego seksu.

Następne na liście mamy smartfony. Pomagają czy przeszkadzają relacjom?

Odpowiem podobnie, mogą pomagać, mogą psuć. Jeśli wysyłamy sobie w związku, niech będzie już serduszka, memy, zdjęcia, to super. Nie ma czasu zadzwonić, poopowiadać, ale idzie do partnera czy partnerki jakiś sygnał, że się o tej osobie myśli. W tym sensie może to być nawet narzędzie do pielęgnowania więzi. On jej wysyła zdjęcie sukienki z podpisem, fajnie byś w tym wyglądała. Ona jemu link do kursu sushi, bo mówił, że chciałby na taki pójść. To są subtelne oznaki uczuć i miłości. Gorzej, kiedy nikt nic nie wysyła, a siedzi w telefonami godzinami, także wtedy gdy jest z partnerem.

To teraz pytanie drażliwe. Psychoterapia indywidualna - czy może być źródłem kłopotów w relacjach?

Oczywiście, że może. Uściślijmy. Fachowo prowadzona psychoterapia pomaga ludziom być w związkach. Stają się lepszymi partnerami, rodzicami, ale niestety sam zauważam, że jeżeli prowadzę terapię pary, a któraś z tych osób zaczyna psychoterapię indywidualną, to często prowadzi to do kłopotów. W naszym kraju wciąż można trafić na pomagaczy, którzy zamiast terapeutyzować, pompują klientom ego. Często takie związki są nie do uratowania, ponieważ osoba z napompowanym ego stawia coraz to wyższe wymagania partnerowi albo, co gorsza, zaczyna go diagnozować, bo wcześniej zdiagnozowała go albo ją z tym swoim pseudoterapeutą i oświadcza nam na spotkaniu, że mąż miał po prostu złą relację z matką albo że żona ma zaburzenie narcystyczne.

Ale przecież w terapii indywidualnej trudno nie mówić o partnerze albo partnerce.

To prawda. W indywidualnej pracy trzeba się skupiać na potrzebach, przeżyciach, zdolnościach i umiejętnościach osoby, która jest klientem czy pacjentem. Kontekst drugiej osoby będzie się pojawiał, ale nie należy się zajmować jej diagnozą. Można dawać informację zwrotną, typu, jeżeli mąż tak mówi, to może wskazywać, że.... Jeżeli prawdą jest, że zachowuje się w takiej sytuacji w ten sposób, to może być.... Oczywiście klientka czy klient usłyszy, co usłyszy, ale żaden dobry psycholog nie powie, pani mąż na pewno jest narcyzem, ani nie będzie urządzał jazdy po żonie.

Czy pary, które do pana się zgłaszają, zmagają się z innymi problemami niż w przeszłości?

Najwyraźniejsze zmiany obserwowałam w latach 2000–2010, po wejściu do Unii Europejskiej, gdy ludzie masowo zaczęli wyjeżdżać za granicę. Pojawiło się inne rozumienie związku, znaczenia równouprawnienia, na terapię przychodziły też pierwsze pary LGBT. Nie ma już takich rewolucji, ale teraz obserwuję, że tym, co zabija wiele par, choć one nie zdają sobie z tego sprawy, jest logistyka życia codziennego.

Jak człowiek stoi dwie godziny w korku i w domu trafia na drugiego, który też tyle wystał i jest zły, a jeszcze okazuje się, że trzeba zawieźć młode na pływanie, to przepalają się bezpieczniki.

Właśnie tak. Jedno do drugiego ma pretensję, że nie ma czasu dla partnera. I faktycznie go nie ma. Wyrzucają sobie nawzajem pracoholizm albo zbyt niepochłonięcie dziećmi czy domem. Dlatego ja pracę z parami zawsze zaczynam od sprawdzenia, jak działa ta logistyka i od ułożenia zajęć tak, żeby wszyscy byli zadowoleni.

Jak to się robi?

Najpierw dzieli się czynności na części pierwsze, bo na przykład za hasłem pranie kryje się pięć działań: pakowanie do pralki, rozwieszanie, zdejmowanie i segregowanie ubrań oraz chowanie ich do szaf. I okazuje się, że to wcale nie jest mało, chociaż najważniejszą część roboty wykonuje maszyna. W kolejnym kroku każda osoba z pary wybiera to, co lubi robić albo co jej przeszkadza. a potem sprawiedliwie dzielimy resztę, uwzględniając okoliczności pracy, plan lekcji dzieci, pasję. Moja obserwacja jest taka, że mniej więcej połowa problemów par jest związana z chaosem, zmęczeniem, stresem i niedostrzeganiem zaangażowania drugiej strony oraz jej potrzeb. I czasem samo ułożenie tych klocków, oczywiście trzeba je od czasu do czasu korygować, ujawnia, że para nie ma problemów do terapii. A czasem po uporządkowaniu tego obszaru wychodzą te problemy, które są prawdziwe i wiadomo już, nad czym pracować.

Jak tworzyć relacje w dzisiejszych czasach?

Szczerze, pozwalać poznać prawdziwych siebie partnerów czy partnerki.

Ludzie w dzisiejszych czasach sami do końca nie wiedzą, kim są naprawdę.

Chodzi o proste rzeczy. Czy smakują mi lody jedzone na randce? Czy jedzenie bardzo? Czy podoba mi się koncert, na który poszliśmy? To, czy można sobie pozwalać na szczerość w takich zwykłych sprawach jest też ważnym początkowym sygnałem, czy znajomość ma przyszłość, czy nie. Czy przy tej osobie czuję się swobodnie, czy nie muszę nic ukrywać? Nie zachęcam na starcie do wyznań typu cześć, jestem Marian i mam brata w więzieniu, ani do pytań o jakieś dramatyczne rzeczy. Ale relacje, które nie są potencjalnie romantyczne, też przecież w ten sposób się nie zaczynają. I oczywiście trzeba też słuchać. Patrzeć na podobieństwo poglądów tych, które są dla kogoś ważne. A kiedy zaiskrzy, ludzie nauczą się relacji, znajdują w niej relaks i przyjemność, to tematy tabu, brata w więzieniu już nie warto ukrywać. Jeśli wszystko jest w związku okej, partner czy partnerka powie, o rany, no trudno, ważne, że ty jesteś super. Tak, jak bym powiedział przyjaciel czy przyjaciółka, której można zaufać. Niekoniecznie ze zrozumieniem, ale z akceptacją.

Pomyślałam sobie, że na takiej próbie ułożenia wspólnego grafiku, podziału zadań też można spędzić Walentynki.

To może być ryzykowne, bo czasem przy tym układaniu klocków trochę iskrzy. Ale jako inwestycja w przyszłość związku ma sens, moim zdaniem. większy niż kupowanie przypadkowych gadżetów, których nikt samemu się nie pakuje, tylko zleca w sklepie. Ja nie lubię tego przemysłu walentynkowego. Wręcz namawiam ludzi, żeby jeśli chcą podarować coś osobie bliskiej, kupili na przykład poduszkę w kształcie serca i własnoręcznie wyszyli na niej kocham cię. Taki prezent zrobiony wysiłkiem własnych pokuty w państwu niesie konkretne znaczenie.

Ale jego przygotowanie wymaga czasu.

I też właśnie o to chodzi.

Rozmawiała Joanna Cieśla, wywiad ukazał się w tygodniu Polityka, nr 7 (3551)

powrót do listy poprzednia następna
Duet Prestige Ekskluzywnie dla wymagających

Na życzenie przyjeżdzamy do klienta