Na życzenie przyjeżdzamy do klienta
Aktualności
Wiadomość od Anety25/09/2025
Dzień dobry,
kilka dni temu poprosiliśmy naszych Klientów – Anetę (43) i Radosława (48) – o krótką rekomendację, którą moglibyśmy się z Państwem podzielić.
Otrzymaliśmy coś więcej. Dłuższą, niż się spodziewaliśmy. Szczerą. Trochę zabawną, a momentami naprawdę wzruszającą.
Przeczytajcie sami:
Gdyby ktoś mi półtora roku temu powiedział, że napiszę taką rekomendację, to chyba parsknęłabym śmiechem i popukała się w czoło. Serio. Ja — kobieta po czterdziestce, niezależna, z przeszłością, z dużą ostrożnością wobec ludzi i jeszcze większym dystansem do słowa „miłość” — mam szukać faceta przez biuro matrymonialne? No błagam.
A jednak.
Po kilku wieczorach spędzonych w towarzystwie wina i
przyjaciółki, która powtarzała „no zrób coś dla siebie,
najgorzej to nic nie robić”, w końcu kliknęłam. Zgłosiłam
się. Bez większych oczekiwań. Trochę z ciekawości, trochę z
nudy, a trochę — choć wtedy bym się do tego nie przyznała — z
potrzeby bliskości.
Od razu powiem: to nie działa jak Tinder, że ktoś Ci się spodoba na zdjęciu i po pięciu wiadomościach już planujecie wspólne wakacje. I dobrze. Tu nie chodzi o „szybko i byle jak”. Tu chodzi o to, żeby naprawdę kogoś poznać. Ale też poznać… siebie. Czego szukam? Czego już nie chcę? Co mogę dać?
Panowie, których poznawałam dzięki biuru, byli różni. Jeden zakochał się we mnie od pierwszego wejrzenia (w co nie uwierzyłam). Drugi wyglądał jak mój były mąż (na zdjęciu nie było widać aż takiego podobieństwa) i to już na dzień dobry wykluczyło temat. Ale był też ktoś, kto został na dłużej.
Nie było od razu fajerwerków. Nie zaiskrzyło na pierwszym spotkaniu jak w filmach. Ale było… spokojnie. I jakoś dobrze. Rozmawialiśmy. Słuchaliśmy się. Nie udawaliśmy nikogo. A potem okazało się, że zaczynam czekać na jego wiadomości. A on przyjeżdża z drugiego końca województwa, żeby spędzić ze mną popołudnie. I jakoś tak — niepostrzeżenie — staliśmy się dla siebie ważni.
To, co doceniam najbardziej, to wsparcie biura. Żadnej presji. Żadnych pustych obietnic. Realna pomoc, życzliwość i ogromne wyczucie. Czułam się traktowana poważnie, z szacunkiem. Jak kobieta, która ma swoją historię, swoje lęki i swoje marzenia — a nie jak klientka z numerem w tabelce.
Dziś? Jesteśmy razem od ośmiu miesięcy. Czy to bajka? Nie. To życie. Kłócimy się czasem o pierdoły (on naprawdę nie rozumie mojej potrzeby trzech rodzajów oliwy w kuchni), ale nauczyliśmy się siebie. Uczymy się nadal. I to jest najpiękniejsze.
Dziękuję,
Nie za to, że „znaleźliście mi faceta”.
Tylko za to, że pomogliście mi dać sobie szansę. Na nowe. Na
bliskość. Na miłość — taką zwyczajną, bez konfetti, ale z
herbatą wieczorem i czyimś ramieniem, kiedy trzeba.
Aneta